Tak sobie dziś przysiadłam na ławeczce na placu zabaw, pilnując swych potomków, i skorzystałam z okazji, by “oddać się refleksji”. 😅 I wiecie co? Zorientowałam się, że usiadłam spokojnie pierwszy raz od tygodni 🙈 I że wrzesień to był jeden wielki bieg.
Między budzeniem dzieci, odwożeniem do szkoły i przedszkola, pracą, przygotowywaniem się do zajęć, pisaniem diagnoz, odbieraniem dzieci, wożeniem ich na zajęcia dodatkowe, przygotowywaniem posiłków, sprzątaniem po nich, robieniem zakupów, ogarnianiem domu, kładzeniem dzieci spać… I nie mówię tego, żeby się żalić. Bo mnie to nawet już nie dziwi, że tak moje życie wygląda. Jest tak w sumie od 13 lat. Tylko ilość dzieci się stopniowo zwiększała 😅 Ale najbardziej szokujące dla mnie jest to, że naprawdę ogromna ilość kobiet (mężczyzn też, ale z moich obserwacji wynika, że mniej) tak przez lata funkcjonuje I DAJE RADĘ! 💪 Kurcze, niewiarygodne! I chcę Wam powiedzieć, że ja to naprawdę bardzo doceniam. I że każdy z nas powinien sobie powiedzieć szczerze, do lustra, że robimy kawał ciężkiej, dobrej roboty.
A że momenty rezygnacji, frustracji, wypalenia, “nie dam rady” i “niech sobie sami radzą” się zdarzają, to ja wiem. Doskonale. Bo jesteśmy ludźmi. I gdy w naszych kubeczkach potrzeb zaczyna być widać dno nasza psychika domaga się, by zrobić coś dla siebie i kubeczek znów napełnić. By mieć dalej z czego dawać.
Myślę sobie, że często chcę, żeby ktoś zauważył i docenił tą niewidzialną pracę, którą robię codziennie. I pewnie Wy też tak macie. Tylko zastanawiam się, kto to właściwie miałby być i jak bardzo miałby to wyrazić, żeby mnie to zaspokoiło?
A może tak naprawdę, to ja sama tego nie doceniam? Może powinnyśmy sami siebie popodziwiać?
Ja zacznę: Kaśka, naprawdę świetnie ogarniasz łączenie pracy i poczwórne macierzyństwo. Najlepiej, jak potrafisz. Szacun!
Teraz Ty! ☺️❤️
